Sedina


Trwa w najlepsze dyskusja w Szczecinie nad zrekonstruowaniem pomnika niejakiej Sediny… Piszę niejakiej, bo tak naprawdę nie wiadomo skąd ten mit powstał, znaczy się wiadomo kiedy i dlaczego, nie wiadomo tylko czy zmitologizowanie postaci germańskiego bóstwa winno być przez Polaków akcentowanie jako najważniejsze, a samo przedstawianie Sediny jako mitycznej założycielki miasta na miejscu. Niekoniecznie winniśmy akcentować właśnie fakt istnienia rzekomego bóstwa germańskiego skoro wiadomym jest że plemiona słowiańskie zamieszkiwały te tereny i terany aż pod dzisiejszy Berlin… Skąd więc nagle się wzięła ta Sedina?
Czytaj dalej

13 grudnia…

13grudniaW roku wprowadzenia stanu wojennego miałem dopiero osiemnaście lat, choć poglądy polityczne były u mnie już dość ugruntowane. Mimo młodego wieku działałem już w Solidarności. Co więc w tamtą grudniową noc mógł zrobić młody człowiek? Oczywiście zając się podziemną działalnością i udziałem w manifestacjach, które zawsze kończyły się bijatykami z ZOMO i milicją… Zanim jednak do tego doszło, 13 grudnia, w zimną i śnieżną niedzielę grupa młodych ludzi postanowiła coś robić i pokazać, że ani WRONa, ani ZOMO nie są w stanie wybić w nas ducha Wolności… Mimo upływu lat, doskonale pamiętam tamten dzień…
13 grudnia tamtego roku był mroźny i śnieżny. O tym, że coś się dzieje, przypuszczaliśmy już w nocy, bo czołgi cały czas wyjeżdżały z pobliskiej jednostki wojskowej. Rano już wiedzieliśmy… Dzielnica w której mieszkałem przedzielona na pół, czołg i dwa skoty… Szlaban i kontrola wojska każdego wjeżdżającego i wyjeżdżającego ze Szczecina… W telewizji tylko Jaruzel, telefony wyłączone… Co robić? Wyjście na dzielnice i krótkie rozmowy ze znajomymi… „Spotykamy się wieczorem w klubie” – to hasło wywoławcze, bo nie wiedzieliśmy, czy można dłużej stać w kilka osób… Ogólnie smutno i smętnie… W domu Mama prosi o to by nigdzie nie wychodzić, wiedziała, że w szkole do której chodziłem, a była to szkoła przyzakładowa WPKM,  byłem szefem uczniowskiej „Solidarności”… Ale jak to młody człowiek, gdzież mi tam słuchać Rodziców…
Wieczór. W klubie, który zgodnie z ówcześnie wprowadzonymi przepisami powinien być zamknięty, spotyka się około dwudziestu młodych ludzi…
- Co robimy? – zaczynam rozmowę, patrząc na wszystkie osoby. Już wtedy wiedziałem, że nie potrzebnie zaproszono tu osoby związane z wojskiem. Dzieci oficerów pobliskiej jednostki raczej w niczym nie pomogą.
- Jak to co, idziemy do domu i czekamy  – odpowiedziało kilka osób, jednak zdecydowana mniejszość całej grupy. Przecież nie będziemy walczyć z wojskiem? I Czym niby…
No tak, pomyślałem… To w sumie sensowna odpowiedź, ale przecież nie można pozwolić, by wszystko odbywało się po myśli „czerwonych”. Kiedy tak rozmyślałem, zamknięty w sobie, w klubie rozgorzała zażarta dyskusja. Kilka osób wyszło do domu, zbliżała się powoli godzina milicyjna, ustalona w tym dniu na 20.00. Podeszła do mnie Ewa, w której wówczas strasznie się kochałem …
- Jasiu*, co robimy? – zapytała cicho… Lubiłem jak tak do mnie mówiła.
- Nie wiem jak wy, ja zaczynam cokolwiek robić – powiedziałem dość głośno, tak aby usłyszeli wszyscy którzy zostali jeszcze w pomieszczeniu. Ci, którzy uważają to za głupie, albo zbyt niebezpieczne mogą wyjść. Tylko proszę, zostawcie to wszystko dla siebie…
Po latach dopiero zrozumiałem jak było to naiwne … Choć musze powiedzieć, że przez kilka lat tej mojej „działalności” podziemnej miałem więcej szczęścia niż rozumu… Nigdy mnie nie zatrzymano, ani nie złapano z ulotkami, książkami drugiego obiegu. Choć donoszona na mnie, o czym się dowiedziałem już dużo później…
W klubie zostało kilka osób. Wiedziałem, że to zgrana paczka i że możemy zacząć coś robić. W planach miałem próbę spotkania z kimś z Komisji Zakładowej „S” w WPKM. Nie wiedziałem wtedy, że nie ma z kim, a tych, których nie zamknęli głęboko się schowali w podziemiu i ciężko było do nich dotrzeć. W tę niedzielę nie przeszkadzało to nam wcale.
- Słuchajcie plan jest taki – zacząłem mówić wprowadzając wszystkich w moje myśli wcześniejsze. Polegało to mniej więcej na tym, że tworzymy grupę oporu, nosimy w klapach kurtek „opornik”. Każdemu przydzielono zadanie, jak w prawdziwej konspiracji. A więc propaganda i poligrafia, uzbrojenie (tak, tak, o tym też wtedy myśleliśmy). Dziewczyny odpowiadały za zaopatrzenie medyczne, bo przecież wojna więc będą pewno i ranni… Dzisiaj to może i śmieszne jest, wtedy było bardzo poważne.
- Zaczynamy od jutra – powiedziałem. Teraz robimy ślubowanie i zagramy ZOMOWcom na nosie… Idziemy na sanki po godzinie policyjnej J tak, tak. Na sanki, by okazać, że nadal czujemy się wolni i nikt nam tej wolności nie odbierze…
Tak wyglądał mój 13 grudnia 1981 roku… Później uczestniczyłem w wielu akcjach ulotkowych, oddawania krwi, przywożenia książek drugiego obiegu… Byłem kurierem i byłem tez zadymiarzem jak się dzisiaj mówi o uczestnikach manifestacji… Widziałem zomowców tłukących ludzi bez opamiętania, widziałem aresztowania…
Nie byłem nikim wielkim, ani znaczącym w opozycji. Robiłem to co uważałem za stosowne i ważne. Nigdy nie wątpiłem jednak, że postąpiłem źle… Nie wstydzę się tego i sumienie mam czyste…
Za jakiś czas napisze co robili wtedy młodzi ludzie i jakie mieli pomysły. Niektóre mogą śmieszyć inne były naprawdę bardzo niebezpieczne.

* Dlaczego Jasiu? Do dziś, kiedy jestem w starej swojej dzielnicy znajomi z tamtych lat mówią do mnie Jasiu. Wtedy na dobranoc leciała taka bajka o Jasiu Świstaku i tak mi pozostało do dzisiaj :P

Słów kilka o feminizmie…

femenFeministki, które ostatnio są coraz głośniejsze nie tyle mnie rozbawiają ile irytują. Nie będę przypominał wyświechtanego sloganu, że większość kobiet w rozmowach nie popiera tego o co tak namiętnie walczą feministki. Czasem jednak warto napisać coś czego feministki nigdy nam nie wybaczą… Chodzi o prawa kobiet w krajach arabskich, czy też w ogóle w islamie.
Jak dobrze wszystkim wiadomo, a może nie wiadomo, kobieta w islamie ma podrzędną rolę, przypisaną jej tak przez Koran jak i samego Mahometa.. Nie rozpisując się za bardzo, można powiedzieć, że ma służyć mężczyźnie, oddawać mu się kiedy ten tylko zapragnie. Kobieta powinna słuchać swojego męża, który w razie nie posłuszeństwa może ją zlać i broń boże, kobieta nie może się skarżyć na takie traktowanie.

Pry okazji akcji przeciw przemocy wobec kobiet, zgłosiłem pewnej osobie postulat aby ruchy feministyczny dostrzegały również problemy kobiet arabskich i tam domagały się poszanowania praw kobiet na równi z mężczyznami… nie napisałem nic o działaniach w Polsce i o prowadzonej kampanii przeciw przemocy. Jakież wiec było moje zdziwienie kiedy otrzymałem odpowiedź, że w takim razie pochwalam przemoc wobec kobiet i że… ruchy feministyczne w Polsce nie zajmują się problemami kobiet w innych krajach. Znaczy się, że kobiety feministki z Polski nie chcą się solidaryzować z kobietami arabskimi? Nie dręczy ich los maltretowanych, gwałconych i więzionych kobiet?

Jakoś nie słyszałem o akcjach protestacyjnych pod ambasadami krajów arabskich, nie słyszałem by półnagie feministki wkraczały do meczetów z protestem przeciw dyskryminacji kobiet. Nie widziałem ani protestów ani nawet listów protestacyjnych. Więc aktywność jest aż tak wybiórcza, że zakrawa na posądzenie o koniunkturalizm… Zresztą nie tylko w tych sprawach.. ale o tym może następnym razem….

Kto komu łaskę robi… nie laskę….

photoMiałem się już nie zajmować wyborami samorządowymi ani kandydatami, którzy nagle sobie uświadomili, że muszą wyjść do ludzi. Stąd ich wzmożona działalność na wszelakich portalach społecznościowych jak i blogach pośpiesznie tworzonych… Niestety nie da się, bo prowokują mnie do tego by skomentować kilka oczywistych faktów o wyborach, fałszerstwach, celowych metodach głosowania, by nikt tego nie zrozumiał, a PKW i tak ogłosi wyniki jakie będą przyjęte przez wszystkich. Nie da się przejść obok  prawicy, lewicy i innych gremiach samorządowych tak niezależnych jak nie przymierzając ZSL (był taki twór w tzw. Polsce Ludowej) w PRLu. Ale po kolei…
Nie wierzę w tak zwaną niezależność większości radnych wybranych w ostatnich wyborach… Byli kiedyś oni funkcyjnymi działaczami partyjnymi a kiedy spostrzegli, że czas na partie wszelakie lokalnie się kończy, ruszyli tworzyć stowarzyszenia dla rozwoju czegoś AM i współpracy z kims tam… Przez cztery lata nie słyszałem o jakimkolwiek działaniu tych Tworków, co nie znaczy że przestały istniejć.. jak Feniks z popiołów zaczęły się odradzać i pokazywać kilka miesięcy przed wyborami… oczywiście pod szczytnymi hasłami NGOsów nie zaangażowanych w żadną politykę. By uwiarygodnić takie działanie w stowarzyszeniowych tworach znalazło się miejsce i dla byłego komunisty jak i monarchisty… taka demokracja lokalna… Po cóż było tworzyć te twory, w których członkami są urzędnicy, radni, osoby związane zawodowo z samorządem i kilka tzw. przykrywek? Władzę na kolejne cztery lata… Jedna z moich znajomych napisała, że jestem dyżurnym malkontentem i że nie rozumiem polityki… (sic!) By było dziwaczniej, znajoma samorządowiec pełna gębą… więc polityka jest w samorządach czy tez jej nie ma? A czy jestem malkontentem…. Ne mnie oceniać…. Nigdy nie byłem w obozie władzy więc może łatwiej oceniać tych co władzę sprawują… I chcieliby te władzę pełnić do końca życia… I pełnią z woli wyborców…
Zawsze dostrzegam to co zrobiono dla miasta, gminy, powiatu… Jednak bez przesadnej egzaltacji… Bo przecież po pierwsze obiecali tego dokonać, mają za to płacone no i najważniejsza sprawa, gdyby na ich miejscu był ktoś inny też by to powstało…. Bo to ludzie tworzą samorząd a nie władza jakakolwiek….
I tyle w temacie wyborów…. Nie chodzę, bo uważam, że system jest do bani, mieszkańcy, czyli ludzie tworzący samorząd mają tylko iluzje wpływu na to co się dzieje w gminach, a wybrani przez nich radni nie są związani ze swoimi wyborcami niczym… Dogadują się później w radach, formalnych i mniej formalnych co i jak … więc po co mój głos?

Wyborcza kiełbasa i publicznie na FB

O tym, że zbliżają się wybory samorządowe, nie dowiadujemy się niestety z mediów, ale z różnych portali społecznościowych, które stają się wdzięczną trybuną, czy też trampoliną dla wielu „niezależnych” kandydatów na radnych. Oto bowiem, kandydaci na radnych, którzy przez ostatnie cztery lata nawet nie pisnęli czym się zajmują, zaczęli prezentować siebie jako najlepszych z najlepszych kandydatów na radnych i jaka to będzie szkoda społeczna jak nie wybierzemy akurat tej osoby… Pomijam kwestię społecznej szkody, bowiem w Polsce i tak mamy za dużo radnych, którzy przejadają rokrocznie miliardy złotych… Dla mnie ważniejsze jest to co też ci kandydaci na społecznych reprezentantów chcą mi zaproponować bym pofatygował się na wybory…

Tu jednak jakaś miałkość następuje… Bo też nic twórczego ani odkrywczego nie usłyszałem dotychczas, a przecież wybory tuż, tuż… Między bajki wkładam propozycję bezpłatnej komunikacji miejskiej, nowego stadionu, inwestycji dla mieszkańców… To słyszę co cztery lata i jakoś dziwnie, krótko po wyborach okazuje się, że sprawy, których jednak się nie da zrobić. To tak jakby te sprawy przed wyborami można był a po już nie… Cóż, bajkopisarzy mamy co cztery lata tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy… Dlaczego tylko, żaden z tych bajkopisarzy żadnej nagrody literackiej nie otrzymał….

* * *

To samo się tyczy tzw. budżetów obywatelskich, którymi raczą nasz rządzący na prawo i lewo. Zadziwiające jest to, że im bliżej wyborów tym bliżej kolejnych budżetów obywatelskich i mamienia ludzi, że decydują za coś czy też głosują na coś…. Już jakiś czas temu prosiłem wiele osób z tzw. góry, by wyjaśnili co to też jest ten budżet obywatelski i jaka jest różnica między nim a zwykłym budżetem uchwalanym przez radnych a tworzonym prze urzędników… Nie doczekałem się odpowiedzi, więc sobie tak myślę, że zaczęto te budżety niby zgłaszane przez mieszkańców traktować jako kolejne „kiełbasy wyborcze” tym bardziej smaczne bo dotyczące nas wszystkich mieszkających w miastach czy też miasteczkach…

Pieniądze na powiedzmy to sobie normalny budżet i tzw. obywatelski budżet pochodzę z tego samego źródła, czyli z naszej kieszeni. Jedne budżet tworzą urzędnicy, którym płacimy ciężkie pieniądze a drugi mieszkańcy… to że oba rozmijają się w kwestii potrzeb lokalnych świadczą tylko o jednym… Urzędnicy i władze miast i gmin nie dostrzegają potrzeb mieszkańców, swoich wyborców, którzy za pośrednictwem budżetu obywatelskiego pokazują, co dla nich jest ważniejsze… Pytanie teraz, kto w tym sporze ma rację… urzędnik, czy też mieszkaniec osiedla, miasta, gminy, który płaci podatek do samorządowej kasy?
* * *

Kolejny spór jaki się odbywa przy okazji wyborów samorządowych, dotyczy kadencyjności sprawowania władzy przez wójtów, burmistrzów czy prezydentów. Oczywiście sami zainteresowani są temu przeciwni, bo…. i tu następuję tyrada argumentów, jak to się zamierza prawem ograniczyć ich wolę służenia społeczeństwu, które wybierając na kolejną kadencję potwierdza słuszną linię sprawowania władzy przez wójta, burmistrza czy też prezydenta… Że prawem chce się zamknąć drogę do dalszego rozwoju gminy, miasta… To są autentyczne wpisy, jakie w ciągu ostatniego miesiąca przeczytałem na wielu forach… Jest jednak jedno małe ale, które uważam, za bardziej istotne niż twierdzenia osób, które problem dotyczy…

W wielu gminach, szczególnie tych małych wójt czy burmistrz jest największym pracodawcą w gminie… Będąc największym pracodawcą, ma swój stały i żelazny elektorat, który jak najbardziej jest zainteresowany tym by nie nastąpiły żadne istotne zmiany, bo być może zachwieje to ich, urzędniczą stabilizację i dobrą pensję… O pracy nie wspomnę, bo przecież tej i tak nie ma w wielu gminach wiejskich, czy też wiejsko-miejskich. W ten sposób najważniejsza osoba w gminie może sobie ustawiać tak radnych aby oni „tańczyli jak on zagra” … Że niby to niemożliwe? Możliwe, w jednej z gmin w Zachodniopomorskiem burmistrz od początku kadencji zwołuje nadzwyczajne sesja Rady Miejskiej… zwyczajnych nie ma, bo tylko wtedy radni mogą zadawać pytania i interpelować. Co na to przewodniczący Rady? Nic, to dobry kolega burmistrza i człowiek rodem z PRLu więc wszystko, oczywiście w majestacie prawa, jest w jak najbardziej dobrym poczuciu spełnienia misji społecznej… Pytanie czy to mieszkańcom tej gminy nie przeszkadza? No nie, skoro burmistrz zatrudnia poprzez „swoje-nasze” instytucje szeroką rzeszę wyborców, to komu to może przeszkadzać? Oszołomom?

Być może ktoś mi powie, że tak ludzie mają, jak sobie sami wybiorą, ale niestety, nasza demokracja jest jeszcze bardzo młoda i trudno przekonać do niej wielu ludzi… A, że są osoby wykorzystujące demokrację do swoich zagrywek, to już osobna sprawa… Niemniej, wydaje mi się, że czas na jakieś zmiany, w tym samorządowym tyglu, bo niektórym tyłki przyrosły do siedzeń, w przenośni i w realu…

Taki człowiek rodzi się raz na sto lat

nie oceniajKiedy czasami ktoś na fejsie wstawiał memy (chyba tak się to nazywa, choć nie jestem tego do końca tak pewien) przedstawiającego bezdomnego człowieka opiekującego się małym kotkiem z opisem „nie oceniaj nigdy człowieka po wyglądzie, bogate serce może ukrywać się pod nędznym płaszczem” nigdy bym nie przypuszczał, że życie wskaże nam takiego Człowieka… Dzięki tygodnikowi „Gość Niedzielny” poznałem historię Mikołaja Warszawskiego a właściwie Romualda Mądrakiewicza, Człowieka, który sam będąc bezdomnym pomagał innym w tych ciężkich czasach…

Kiedy się czyta historię Mikołaja nieodmiennie odnosi się wrażenie, że jego bezdomność to tak naprawdę pomoc innym, wsparcie dla wielu rodzin… Bezdomny, który wszystko c posiadał rozdał innym potrzebującym, a zarobione pieniądze ze sprzedaży puszek przeznaczał na opłacenie paczek wysyłanych do potrzebujących… Sam ubogi dostrzegał ubóstwo innych i całe swoje życie poświecił pomocy innym… W świecie gdzie rządzi pieniądz, a ludzie pędza ku temu by mieć jak najwięcej, a nie być, znalazł się Człowiek, który nie mając nic, oddawał innym wszystko co potrafił zebrać… Ilu z nas może uczynić tak jak On? Iluż z nas zapomina o zwykłym człowieczeństwie i pomocy bliskiemu?

Nie tak dawno w Szczecinie odbyła się dyskusja o tym jak to bezdomni i patologia opanowuje przestrzeń publiczną… Ja rozumiem, widok nie szczególnie przyjemny a i zapach czasami przeszkadzający… Ja rozumiem wszelkiej maści estetów, dla których widok drugiego człowieka to najczęściej schludnie wyglądający osobnicy, którzy poza szatą nic w sobie nie mają, ale czy można zabronić „patologi” korzystać z przestrzeni publicznej? A może stworzymy dla nich getta, gdzie będą mogli przebywać bez naruszania miru estetycznego nowobogackich? Może w ogóle stworzymy obozy dla wykluczonych społecznie? Tyle w nas człowieczeństwa ile potrafimy oddać drugiemu człowiekowi… Jeśli tego nie potrafimy zrobić znaczy to, że zatracamy sumienie…

Wszystkim polecam artykuł z Gościa Niedzielnego:

http://gosc.pl/doc/761429.O-Mikolaju-nieswietym

Mikołaj Warszawski został pochowany w rodzinnym grobowcu w Lublinie, mimo że przez ostatnie lata swojego życia pomagał ludziom w Warszawie i w Polsce. Chciałem napisać o Człowieku, którego nie znałem, a który wywarł na mnie tak duże wrażenie… Obyśmy sami dostrzegli w nas człowieczeństwo i pomagali innym…