13 grudnia…

13grudniaW roku wprowadzenia stanu wojennego miałem dopiero osiemnaście lat, choć poglądy polityczne były u mnie już dość ugruntowane. Mimo młodego wieku działałem już w Solidarności. Co więc w tamtą grudniową noc mógł zrobić młody człowiek? Oczywiście zając się podziemną działalnością i udziałem w manifestacjach, które zawsze kończyły się bijatykami z ZOMO i milicją… Zanim jednak do tego doszło, 13 grudnia, w zimną i śnieżną niedzielę grupa młodych ludzi postanowiła coś robić i pokazać, że ani WRONa, ani ZOMO nie są w stanie wybić w nas ducha Wolności… Mimo upływu lat, doskonale pamiętam tamten dzień…
13 grudnia tamtego roku był mroźny i śnieżny. O tym, że coś się dzieje, przypuszczaliśmy już w nocy, bo czołgi cały czas wyjeżdżały z pobliskiej jednostki wojskowej. Rano już wiedzieliśmy… Dzielnica w której mieszkałem przedzielona na pół, czołg i dwa skoty… Szlaban i kontrola wojska każdego wjeżdżającego i wyjeżdżającego ze Szczecina… W telewizji tylko Jaruzel, telefony wyłączone… Co robić? Wyjście na dzielnice i krótkie rozmowy ze znajomymi… „Spotykamy się wieczorem w klubie” – to hasło wywoławcze, bo nie wiedzieliśmy, czy można dłużej stać w kilka osób… Ogólnie smutno i smętnie… W domu Mama prosi o to by nigdzie nie wychodzić, wiedziała, że w szkole do której chodziłem, a była to szkoła przyzakładowa WPKM,  byłem szefem uczniowskiej „Solidarności”… Ale jak to młody człowiek, gdzież mi tam słuchać Rodziców…
Wieczór. W klubie, który zgodnie z ówcześnie wprowadzonymi przepisami powinien być zamknięty, spotyka się około dwudziestu młodych ludzi…
- Co robimy? – zaczynam rozmowę, patrząc na wszystkie osoby. Już wtedy wiedziałem, że nie potrzebnie zaproszono tu osoby związane z wojskiem. Dzieci oficerów pobliskiej jednostki raczej w niczym nie pomogą.
- Jak to co, idziemy do domu i czekamy  – odpowiedziało kilka osób, jednak zdecydowana mniejszość całej grupy. Przecież nie będziemy walczyć z wojskiem? I Czym niby…
No tak, pomyślałem… To w sumie sensowna odpowiedź, ale przecież nie można pozwolić, by wszystko odbywało się po myśli „czerwonych”. Kiedy tak rozmyślałem, zamknięty w sobie, w klubie rozgorzała zażarta dyskusja. Kilka osób wyszło do domu, zbliżała się powoli godzina milicyjna, ustalona w tym dniu na 20.00. Podeszła do mnie Ewa, w której wówczas strasznie się kochałem …
- Jasiu*, co robimy? – zapytała cicho… Lubiłem jak tak do mnie mówiła.
- Nie wiem jak wy, ja zaczynam cokolwiek robić – powiedziałem dość głośno, tak aby usłyszeli wszyscy którzy zostali jeszcze w pomieszczeniu. Ci, którzy uważają to za głupie, albo zbyt niebezpieczne mogą wyjść. Tylko proszę, zostawcie to wszystko dla siebie…
Po latach dopiero zrozumiałem jak było to naiwne … Choć musze powiedzieć, że przez kilka lat tej mojej „działalności” podziemnej miałem więcej szczęścia niż rozumu… Nigdy mnie nie zatrzymano, ani nie złapano z ulotkami, książkami drugiego obiegu. Choć donoszona na mnie, o czym się dowiedziałem już dużo później…
W klubie zostało kilka osób. Wiedziałem, że to zgrana paczka i że możemy zacząć coś robić. W planach miałem próbę spotkania z kimś z Komisji Zakładowej „S” w WPKM. Nie wiedziałem wtedy, że nie ma z kim, a tych, których nie zamknęli głęboko się schowali w podziemiu i ciężko było do nich dotrzeć. W tę niedzielę nie przeszkadzało to nam wcale.
- Słuchajcie plan jest taki – zacząłem mówić wprowadzając wszystkich w moje myśli wcześniejsze. Polegało to mniej więcej na tym, że tworzymy grupę oporu, nosimy w klapach kurtek „opornik”. Każdemu przydzielono zadanie, jak w prawdziwej konspiracji. A więc propaganda i poligrafia, uzbrojenie (tak, tak, o tym też wtedy myśleliśmy). Dziewczyny odpowiadały za zaopatrzenie medyczne, bo przecież wojna więc będą pewno i ranni… Dzisiaj to może i śmieszne jest, wtedy było bardzo poważne.
- Zaczynamy od jutra – powiedziałem. Teraz robimy ślubowanie i zagramy ZOMOWcom na nosie… Idziemy na sanki po godzinie policyjnej J tak, tak. Na sanki, by okazać, że nadal czujemy się wolni i nikt nam tej wolności nie odbierze…
Tak wyglądał mój 13 grudnia 1981 roku… Później uczestniczyłem w wielu akcjach ulotkowych, oddawania krwi, przywożenia książek drugiego obiegu… Byłem kurierem i byłem tez zadymiarzem jak się dzisiaj mówi o uczestnikach manifestacji… Widziałem zomowców tłukących ludzi bez opamiętania, widziałem aresztowania…
Nie byłem nikim wielkim, ani znaczącym w opozycji. Robiłem to co uważałem za stosowne i ważne. Nigdy nie wątpiłem jednak, że postąpiłem źle… Nie wstydzę się tego i sumienie mam czyste…
Za jakiś czas napisze co robili wtedy młodzi ludzie i jakie mieli pomysły. Niektóre mogą śmieszyć inne były naprawdę bardzo niebezpieczne.

* Dlaczego Jasiu? Do dziś, kiedy jestem w starej swojej dzielnicy znajomi z tamtych lat mówią do mnie Jasiu. Wtedy na dobranoc leciała taka bajka o Jasiu Świstaku i tak mi pozostało do dzisiaj :P

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.