Wigilijnie…

Miło być Wigilijnie, miało być radośnie i we dwoje… Ja i Gaba… Jednak jej matka uznała, że dla dziecka lepiej jest, kiedy spędzi Wigilię i święta Bożego Narodzenia z rodziną. Mimo wcześniejszych ustaleń, na które się zgodziła, święta Gaba miała spędzać naprzemiennie, raz u niej raz u mnie… W ubiegłym roku, mimo bólu jaki mnie rozszywał nie mówiłem nic… Tak ustaliliśmy i tego się trzeba trzymać… W tym roku, mimo moich wielokrotnych próśb aby to uzgodnić wcześniej Gaby mama uznała, że najlepiej postawić na faty dokonane, czyli powiedzieć mi w przeddzień Wigilii…

Ciekawi mnie, czym takie zachowanie wytłumaczą wszelkiej maści feministki i obrończynie praw kobiet.  Nasuwa się też pytanie skąd ona wie co jest dobre dla dziecka, a co złe. Najbardziej rozwaliło mnie przekonanie, że Gaba woli spędzić święta z rodziną. Jakby ojciec nie był rodziną…
Trwa kampania przeciw przemocy wobec kobiet. Nie uważam, że przemocy w domu nie ma i że nie należy walczyć z przemocą…. Tyle tylko, że od lat ojcowie domagają się również równego prawa w sytuacjach kiedy dochodzi do rozwodu… nie może być tak, że matka decyduje o wszystkim, a ojciec ma pełnić role bankiera, czy też banku. Za dużo tych praw dla matki a za mało dla ojca… I niech mi nikt tu nie wciska, że zawsze do rozwodu dochodzi z winy mężczyzny. Wyświechtany sposób tłumaczenia, że to faceci zdradzają, zostawiają rodziny, albo uciekają daleko, by rozpocząć nowe życie… Pewno tak jest często, jednak wrzucanie wszystkiego do jednego wora krzywdzi wielu porządnych ludzi… I tyle w temacie, bo dalej to już sąd będzie rozstrzygał…

*          *          *
Fabula rasa… im dłużej coś mnie spotyka, tym bardziej nie chce mi się tej księgi zapisywać…

*          *          *
Jednym z Noworocznych postanowień moich jest to aby częściej tu wstawiać to moje wpisy. Czasem ma się tyle do napisania i powiedzenia… Brakuje jednak wytrwałości i … siły w walce z depresją, która zaczyna nami kierować… Będzie dobrze, bo musi być dobrze… Dorota, przed Nowym Rokiem zgłosiłem się tam, gdzie mi to sugerowałaś… Sam sobie nie pomogę…

13 grudnia…

13grudniaW roku wprowadzenia stanu wojennego miałem dopiero osiemnaście lat, choć poglądy polityczne były u mnie już dość ugruntowane. Mimo młodego wieku działałem już w Solidarności. Co więc w tamtą grudniową noc mógł zrobić młody człowiek? Oczywiście zając się podziemną działalnością i udziałem w manifestacjach, które zawsze kończyły się bijatykami z ZOMO i milicją… Zanim jednak do tego doszło, 13 grudnia, w zimną i śnieżną niedzielę grupa młodych ludzi postanowiła coś robić i pokazać, że ani WRONa, ani ZOMO nie są w stanie wybić w nas ducha Wolności… Mimo upływu lat, doskonale pamiętam tamten dzień…
13 grudnia tamtego roku był mroźny i śnieżny. O tym, że coś się dzieje, przypuszczaliśmy już w nocy, bo czołgi cały czas wyjeżdżały z pobliskiej jednostki wojskowej. Rano już wiedzieliśmy… Dzielnica w której mieszkałem przedzielona na pół, czołg i dwa skoty… Szlaban i kontrola wojska każdego wjeżdżającego i wyjeżdżającego ze Szczecina… W telewizji tylko Jaruzel, telefony wyłączone… Co robić? Wyjście na dzielnice i krótkie rozmowy ze znajomymi… „Spotykamy się wieczorem w klubie” – to hasło wywoławcze, bo nie wiedzieliśmy, czy można dłużej stać w kilka osób… Ogólnie smutno i smętnie… W domu Mama prosi o to by nigdzie nie wychodzić, wiedziała, że w szkole do której chodziłem, a była to szkoła przyzakładowa WPKM,  byłem szefem uczniowskiej „Solidarności”… Ale jak to młody człowiek, gdzież mi tam słuchać Rodziców…
Wieczór. W klubie, który zgodnie z ówcześnie wprowadzonymi przepisami powinien być zamknięty, spotyka się około dwudziestu młodych ludzi…
- Co robimy? – zaczynam rozmowę, patrząc na wszystkie osoby. Już wtedy wiedziałem, że nie potrzebnie zaproszono tu osoby związane z wojskiem. Dzieci oficerów pobliskiej jednostki raczej w niczym nie pomogą.
- Jak to co, idziemy do domu i czekamy  – odpowiedziało kilka osób, jednak zdecydowana mniejszość całej grupy. Przecież nie będziemy walczyć z wojskiem? I Czym niby…
No tak, pomyślałem… To w sumie sensowna odpowiedź, ale przecież nie można pozwolić, by wszystko odbywało się po myśli „czerwonych”. Kiedy tak rozmyślałem, zamknięty w sobie, w klubie rozgorzała zażarta dyskusja. Kilka osób wyszło do domu, zbliżała się powoli godzina milicyjna, ustalona w tym dniu na 20.00. Podeszła do mnie Ewa, w której wówczas strasznie się kochałem …
- Jasiu*, co robimy? – zapytała cicho… Lubiłem jak tak do mnie mówiła.
- Nie wiem jak wy, ja zaczynam cokolwiek robić – powiedziałem dość głośno, tak aby usłyszeli wszyscy którzy zostali jeszcze w pomieszczeniu. Ci, którzy uważają to za głupie, albo zbyt niebezpieczne mogą wyjść. Tylko proszę, zostawcie to wszystko dla siebie…
Po latach dopiero zrozumiałem jak było to naiwne … Choć musze powiedzieć, że przez kilka lat tej mojej „działalności” podziemnej miałem więcej szczęścia niż rozumu… Nigdy mnie nie zatrzymano, ani nie złapano z ulotkami, książkami drugiego obiegu. Choć donoszona na mnie, o czym się dowiedziałem już dużo później…
W klubie zostało kilka osób. Wiedziałem, że to zgrana paczka i że możemy zacząć coś robić. W planach miałem próbę spotkania z kimś z Komisji Zakładowej „S” w WPKM. Nie wiedziałem wtedy, że nie ma z kim, a tych, których nie zamknęli głęboko się schowali w podziemiu i ciężko było do nich dotrzeć. W tę niedzielę nie przeszkadzało to nam wcale.
- Słuchajcie plan jest taki – zacząłem mówić wprowadzając wszystkich w moje myśli wcześniejsze. Polegało to mniej więcej na tym, że tworzymy grupę oporu, nosimy w klapach kurtek „opornik”. Każdemu przydzielono zadanie, jak w prawdziwej konspiracji. A więc propaganda i poligrafia, uzbrojenie (tak, tak, o tym też wtedy myśleliśmy). Dziewczyny odpowiadały za zaopatrzenie medyczne, bo przecież wojna więc będą pewno i ranni… Dzisiaj to może i śmieszne jest, wtedy było bardzo poważne.
- Zaczynamy od jutra – powiedziałem. Teraz robimy ślubowanie i zagramy ZOMOWcom na nosie… Idziemy na sanki po godzinie policyjnej J tak, tak. Na sanki, by okazać, że nadal czujemy się wolni i nikt nam tej wolności nie odbierze…
Tak wyglądał mój 13 grudnia 1981 roku… Później uczestniczyłem w wielu akcjach ulotkowych, oddawania krwi, przywożenia książek drugiego obiegu… Byłem kurierem i byłem tez zadymiarzem jak się dzisiaj mówi o uczestnikach manifestacji… Widziałem zomowców tłukących ludzi bez opamiętania, widziałem aresztowania…
Nie byłem nikim wielkim, ani znaczącym w opozycji. Robiłem to co uważałem za stosowne i ważne. Nigdy nie wątpiłem jednak, że postąpiłem źle… Nie wstydzę się tego i sumienie mam czyste…
Za jakiś czas napisze co robili wtedy młodzi ludzie i jakie mieli pomysły. Niektóre mogą śmieszyć inne były naprawdę bardzo niebezpieczne.

* Dlaczego Jasiu? Do dziś, kiedy jestem w starej swojej dzielnicy znajomi z tamtych lat mówią do mnie Jasiu. Wtedy na dobranoc leciała taka bajka o Jasiu Świstaku i tak mi pozostało do dzisiaj :P

Zmian ciąg dalszych….

Przed tygodniem pisałem o dużych zmianach jakie na mnie czekają… Tydzień pracowity i bardzo ciekawy. Wiele interesujących spotkań z różnymi ludźmi… Wracam do mojej aktywności sprzed trzech lat. Trzy lata trwała niemoc jakoś, która mnie ogarnęła.. Trzy lata chyba raczej spisane na straty, choć coś tam się w tym czasie robiło. Wiem jednak, że można było więcej, zamykając przeszłość i myśląc o przyszłości…

Przede wszystkim dużo w tym tygodniu było organizacyjnych działań w sprawie wydawnictwa. Lokal już prawie że jest, samochód kupujemy w poniedziałek… Szukam osób chcących pokazać się jako dziennikarze z terenu Polic. Szukam ludzi ciekawych tego co się wokół nich dzieje, umiejących pisać i umiejących przekazać informację tak by była ciekawa… Czy uda nam się zaraz po nowym roku wyjść z pierwszym numerem naszego tygodnika? Nie wiadomo… tyle jeszcze do zrobienia…

Powoli krystalizuje się moja książka… a raczej pierwszy rozdział….  Czy ktoś to będzie kiedykolwiek chciał wydać… czy ktoś to przeczyta :P zobaczymy, ważne że cokolwiek się dzieje …

To co udaje mi się poukładać zawodowo, w życiu codziennym, niestety nie udaje się poskładać z kimś, kto od kilku miesięcy jest dla mnie bardzo ważną osobą w życiu… Niestety odległość, a może brak zrozumienia wzajemnego spowodowało oddalenie się między nami. Pewno dołożyło się do tego też kilka osób niechętnych… Mam jednak cichą nadzieję, że może nie wszystko stracone jeszcze… <3 <3 <3 <3

*          *          *
Ten okres, kiedy się zbliżają święta przestał być dla mnie szczególnym czasem. Ubiegłoroczne doświadczenie, kiedy samemu się spędziło kilka dni nie szczególnie zachęca do wracania do przeszłości… Jak będzie w tym roku, nie wiem… Wiem, natomiast, że nie koniecznie chce mi się ponownie wsłuchiwać w te przedświąteczne piosenki płynące zewsząd, czy tez oglądać ten wystrój miejsc wszelakich …
Czy w każde święta musi tak boleć?

Imperium zła reaktywacja

okladka-imperiumImperium zła reaktywacja, to książka, która powstała na kanwie wydarzeń na Krymie i wschodniej Ukrainie… Książka czasem przeraża, czasem utwierdza nas w przekonaniu, że na wschodzi nie istnieją żadne demokratyczne reguły rządzące współczesnym światem…
Rosja Putina, to tak naprawdę imperium zła, a sam Putin, były KGBista, swoją politykę i pozycję umacnia dzięki terrorowi i wojnie, dzięki której pokazuje jakim jest  twardym przywódcą.
Książka opisuje wyścig zbrojeń, nie liczenie się z opozycją, czy nawet z własnym Narodem… Liczy się tylko władza i pieniądz, który jest dzięki wpływom i właśnie władzy… Tak naprawdę Rosją rządzą wielcy oligarchowie, którzy dorobili się majątków dzięki przychylności władzy, a którzy później tej władzy muszą się odwdzięczyć…
W książce znajdziemy też opisy broni przyszłości… i nie jest t broń znana nam z dotychczasowych wojen, ani wojskowych parad… Ich skuteczność, a przede wszystkim możliwość działania może przerazić… Jako przykład podam zdarzenia z kwietnia tego roku na Morzu Czarnym, w okresie mocnego przesilenia międzynarodowego, spowodowanego zajęciem przez Rosję Krymu. Amerykański niszczyciel „Donald Cook” znajduję się na wodach międzynarodowych kiedy system radarowy namierza dwa bombowce, którymi okazują się rosyjskie SU-24. Samoloty SA przestarzałe, więc na nowoczesnym amerykańskim niszczycielu panuje spokój… Kiedy bombowce zbliżają się mimo ostrzeżeń w strefę bezpieczeństwa okrętu zarządzono alarm… Żołnierze zmierzają do swoich stanowisk, zastanawiając się czy to prowokacja czy też prawdziwy atak… Nie czują obawy, na okręcie znajduję się nowoczesny system namierzania i niszczenia zagrażających obiektów. Po chwili okazuję się, że ten system to fikcja, bowiem w sekundę wysiadają wszystkie urządzenia, a amerykanie nie są w stanie określić zamiarów Rosjan ani ich skutecznie odstraszyć… Są bezbronni i mogą tylko przyglądać się jak bombowce nadlatują by zawrócić i kilkanaście razy przelecieć nad przerażonymi żołnierzami. Po czym nie niepokojeni odlecieli w poczuciu triumfu. Tak właśnie działa nowoczesny system zagłuszania radioelektronicznego przeciwnika Chibiny. Broń przyszłości… Amerykanie mimo nowoczesnego sprzętu byli bezbronni wobec dwóch przestarzałym samolotów, których piloci mogli zrobić co chcieli z niszczycielem…
To nie fikcja… to nas czeka w przyszłości… Polecam książkę..

Moje witraże…

witrazWitraże, to coś co od dawna mnie ciekawi…. Przyszedł wreszcie czas na spełnienie tych swoich wymysłów… po tygodniach kompletowania sprzętu i szkła – drogie to wszystko cholerstwo, przyszedł wreszcie czas na próbę generalną J . Książki i film instruktażowy to naprawdę sporo, chyba jednak nie do końca… Czas pomyśleć o kursie … wyszło coś takiego i to po wielu próbach i wyszło coś takiego… Będzie na prezent dla znajomych… a Teraz trzeba ćwiczyć i ćwiczyć… Noce długie więc miast wędrować będę lutować… Ale mi się rymło :P

Śledź w sosie śmietanowo-koperkowym

Śledź powstał w dość dziwnych okolicznościach. Jakiś czas temu, na Wigilię zjawiałem się w pewnym domu, gdzie tradycją było, że każdy coś przynosił swojego, wigilijnego. Ja nie za bardzo wiedziałem co mogę zrobić, a i czasu miałem mało… Pomyślałem o śledziach i samu jaki pamiętałem z pobytu mojego u innych znajomych kilka lat wcześniej na Wigilii. Nie znałem przepisu więc improwizowałem… Zdaniem wielu osób, które później moje śledzie kosztowały, są naprawdę wyśmienite :P
Skład: oczywiście śledzie, cebula, śmietana 12 proc. i jogurt  naturalny oraz bardzo dużo koperku. Do tego przyprawy, czyli sól, pieprz i czosnek, który używam zawsze a także cytryna…

Śledzia moczymy kilka razy w wodzie, by zmniejszyć ich słony smak. Kiedy już są dobre kroimy na małe kawałki, wrzucamy do miseczki i skrapiamy sokiem z cytryny. Wkładamy na jakąś godzinę do lodówki. W tym czasie, cebulę kroimy w małą kostkę, koperek rozdrabniamy. Ważne by koperku było bardzo dużo, przynajmniej ja tak robię. Mieszamy śmietanę mieszamy z jogurtem, doprawiamy solą i pieprzem…
Wyjmujemy miskę ze śledziem, dodajemy cebulę i mieszamy. Później śmietanę z jogurtem i znowu mieszamy. Na koniec dodajemy koperek.. jak najwięcej. Można przyprawić do smaku, jak kto woli.
Przekładam śledzia w sosie śmietankowo-koperkowych do salaterek, przyozdabiam natką pietruszki oraz plasterkami cytryny.

Smacznego :D

Czas na zmiany

czas-na-zmianyZmiany, zmiany, idą zmiany… właśnie się dowiedziałem, że będę po nowym roku robił to co lubię, czyli prowadził gazetę w pewnej miejscowości pod Szczecinem… Zanosi się więc na przeprowadzkę i spore zmiany w moim otoczeniu…

Również w sprawach bardziej osobistych uznałem, że chyba powoli czas kończyć pewne niedomknięte sprawy, tak by nie żyć już przeszłością a przyszłością… Czy w takim razie podejmuję dobre decyzje? Długo się nad tym wszystkim zastanawiałem, bo w życiu podjąłem już nie jedną złą decyzje i do dziś niestety to odczuwam. Długo trwało zanim to postanowiłem i długo trwały moje sprzeczne myśli… Sądzę że tak będzie najlepiej jednak, bo życie mi przemknie obok i nim się spostrzegę, czas będzie na bujanym fotelu spędzić resztę życia, wspominając dobre i złe chwile…

Szczęściem wybory się skończyły i skończył się też festiwal wszelakich obietnic… Od tego włażenia w dupsko, człowiekowi źle się robi a i tyłek trzeba mieć wielki, bo wszyscy wszystko obiecują… do czasu, właśnie tego czasu, który teraz mamy, czyli po wyborach. Okazuje się właśnie, że obietnice to były tylko takie propozycje, które kiedyś tam rzucono, a które oczywiście będą zrealizowane… jak znajdą się pieniądze.

Co do innego szczęścia, mój dobry znajomy został wybrany burmistrzem małej mieściny, co wydaje mi się dobrą sprawą dla mieszkańców tej gminy, bo znam Jacka z dobrej strony. Zresztą ma za sobą doborowe towarzystwo w postaci lokalnego Stowarzyszenia i wiem, że ci ludzie, którzy tam działają, to naprawdę są osoby oddane na rzecz lokalnej społeczności… I takich ludzi potrzeba…. Społeczników nie urzędasów przyklejonych dupskiem do swych foteli, nie ludzi co to głośno krzyczą co też nie zmienią a co zmienią, by po wyborach rozłożyć swe cielsko w fotelach niedawno zwolnionych przez podobnych jemu osobników…
Polecam ubiegłotygodniowy Wsieci, a w nim szczególnie tekst o TVNowskim gniocie, pod tytułem „Kto poślubi mojego syna”. Jeśli ktoś miał złudzenia, że program jest prawdziwy musi się mocno zdziwić, występują w nim aktorzy amatorzy i jest niemal w całości wyreżyserowany. Tak więc do ściemy ideologicznej tej stacji dołączyła jeszcze ściema programowa… Poza tym warto się też zapoznać w tym numerze tygodnika z artykułem o możliwości fałszowania wyborów… Ja wiem, że to trochę jak spiskowa teoria dziejów, ale coś w tym wszystkim jest. Skoro ponad 20 proc. głosów nieważnych to świadczyć może albo o zbyt skomplikowanym systemie wyborczym albo o głupocie społeczeństwa. Przed wojną, przy prawie 30 procentowym analfabetyzmie tylko 3 proc. głosów bywało nieważnych… W obecnych czasach społeczeństwo mamy wyedukowane, więc skąd naraz tyle nieważnych głosów?

Będzie ciężko mi opuścić te rejony Szczecina, które polubiłem w spacerach tak dziennych jak i nocnych… Będzie przykro zostawić poznanych tu ludzi, którzy często czekali na mnie nocnie… Pewnikiem będę tu przyjeżdżał często, bo szkoda zostawić wiele spraw, które tu zacząłem… Na pewno nie zostawię mojego ukochanego Prawobrzeża…

*          *          *

Zdarza się, że ktoś na siłę pragnie nas uszczęśliwić swoim pozytywnym nastawieniem do świata… Tak jakby miał patent, a może myśl wielką, że to co dla niego dobre, musi być też dla wszystkich. A przecież każdy z nas inaczej myśli, inaczej czuje i zgoła inaczej przeżywa różne swe sytuacje… Często w taki właśnie sposób, wiele osób próbuje wbić mi do głowy, że korzystniej będę odbierany, kiedy będę bardziej pozytywnie nastawiony do rzeczywistości. Inni są bardziej subtelni, nazywając mnie dyżurnym malkontentem i czarno-prorokiem… A jeszcze inni pomstują, że mój charakter wynika z tego, że nic się mi w życiu nie udało i na karb nieudaczności mej zarzucają taką właśnie postawę.
Cóż nie będę nikogo ani przekonywał ani uświadamiał, że to co we mnie i to co ze mnie wychodzi jest tylko i wyłącznie moje i dla mnie… Skoro się komuś to nie podoba zawsze może zakończyć przyjaźń czy też znajomość i nie słuchać malkontenctw  mych… Ja nikogo na silę nie chce ani nie zamierzam przekonywać… I tyle w temacie… nie zamierzam ani wracać do tego ponownie ani się usprawiedliwiać…

Słów kilka o feminizmie…

femenFeministki, które ostatnio są coraz głośniejsze nie tyle mnie rozbawiają ile irytują. Nie będę przypominał wyświechtanego sloganu, że większość kobiet w rozmowach nie popiera tego o co tak namiętnie walczą feministki. Czasem jednak warto napisać coś czego feministki nigdy nam nie wybaczą… Chodzi o prawa kobiet w krajach arabskich, czy też w ogóle w islamie.
Jak dobrze wszystkim wiadomo, a może nie wiadomo, kobieta w islamie ma podrzędną rolę, przypisaną jej tak przez Koran jak i samego Mahometa.. Nie rozpisując się za bardzo, można powiedzieć, że ma służyć mężczyźnie, oddawać mu się kiedy ten tylko zapragnie. Kobieta powinna słuchać swojego męża, który w razie nie posłuszeństwa może ją zlać i broń boże, kobieta nie może się skarżyć na takie traktowanie.

Pry okazji akcji przeciw przemocy wobec kobiet, zgłosiłem pewnej osobie postulat aby ruchy feministyczny dostrzegały również problemy kobiet arabskich i tam domagały się poszanowania praw kobiet na równi z mężczyznami… nie napisałem nic o działaniach w Polsce i o prowadzonej kampanii przeciw przemocy. Jakież wiec było moje zdziwienie kiedy otrzymałem odpowiedź, że w takim razie pochwalam przemoc wobec kobiet i że… ruchy feministyczne w Polsce nie zajmują się problemami kobiet w innych krajach. Znaczy się, że kobiety feministki z Polski nie chcą się solidaryzować z kobietami arabskimi? Nie dręczy ich los maltretowanych, gwałconych i więzionych kobiet?

Jakoś nie słyszałem o akcjach protestacyjnych pod ambasadami krajów arabskich, nie słyszałem by półnagie feministki wkraczały do meczetów z protestem przeciw dyskryminacji kobiet. Nie widziałem ani protestów ani nawet listów protestacyjnych. Więc aktywność jest aż tak wybiórcza, że zakrawa na posądzenie o koniunkturalizm… Zresztą nie tylko w tych sprawach.. ale o tym może następnym razem….

Najdłuższy tydzień

Najdluzszytydzien_500pxNajdłuższy tydzień. Opowieść o HELL WEEKU – finale najbardziej morderczego treningu świata. To książka, którą się czyta jednym tchem. Ja zacząłem w sobotę wieczorem, skończyłem w niedzielę nad ranem, więc polecam książkę David Reida, bo jest co czytać i jest to naprawdę dobra książka opowiadająca o ćwiczeniach żołnierzy sił specjalnych amerykańskiej marynarki wojennej.
Pięć dni piekła, które potrafią złamać najtwardszych. 120 godzin tortur.  Prawdziwa próba charakteru, która jest przepustką do elitarnych oddziałów Navy SEALs. Ta książka pozwoli poczuć, czym naprawdę jest HELL WEEK . Krótko po ukończeniu szkolenia, David Reid zdecydował się opisać to, czego sam doświadczył. Zrobił to tak szczerze i tak sugestywnie, że udało mu się wyrwać czytelnika z wygodnego fotela i wrzucić w sam środek piekła. Przez wszystkie karty książki żyjemy szkoleniem żołnierzy, którzy wybrali służbę w jednostkach specjalnych marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych.
Do szkolenia wstępnego przystępuje niemal zawsze 100 żołnierzy różnych formacji i z różnymi stopniami wojskowymi. Są szeregowcy ale również i oficerowie, jednak podczas szkolenia wszyscy są równi i z równym zaangażowaniem ćwiczą na oceanicznej plaży, czy też  w samym oceanie, o każdej porze dnia i nocy. I tak przez miesiąc… Do końca ćwiczeń dociera niespełna 10 osób a czasami jeszcze mniej…
Miesięczne zajęcia kończą się właśnie szalonym tygodniem, rozpoczętym w poniedziałek wcześnie rano, a zakończonym w piątek… Bez snu, z krótkimi odpoczynkami na posiłek… Pięć ciężkich dni, po których zostają najtwardsi… Przez pięć dni można skorzystać z wyjścia… Wystarczy tylko uderzyć w dzwon i skończyć ciężką harówkę…
Polecam książkę…

Placki z dyni

Zdjęcie0335To był przypadek… dynię kupiłem Gabie na straszydło… Po wydrążeniu zostały mi pestki, które zasuszyłem do łuskania, no i miąższ… Pomyślałem, że coś można z tym zrobić i zrobiłem… pyszne placki…

dynia, jajo, mąka pszenna – 2 łyżki, sól – ¼ łyżeczki, olej – 2 łyżki

Dynie starłem na tarce na dużych oczkach, dodałem jajko, mąkę i sól… Wymieszałem to wszystko razem dokładnie. Placki smażę na oleju, choć znawcy tematu olej dodają do ciasta i smażą bez oleju. Ja się nie odważyłem bojąc się spalenia placków :P
Najlepiej smakują gorące, prosto z patelni… choć na drugi dzień kiedy zostały mi ze trzy też były dobre… Można do placków usmażonych dodać gęstą śmietanę z cukrem, wtedy niebo w gębie :P