Wierszoklepa

i jeśli kłamać by miał kto,
po to by prawdy jakiej bronić..

lepiej by tej prawdy nie było,
a świat na kłamstwie się opierał…

* * *

Zaczytałem Cie nocnie znowu…
Zaczytałem w myśli Twojej…
w słów wypowiadanie,

w głosie wołanie….

* * *

I gdy stojąc tak pośród ludzi,

pośród morza ludzi obojętnych,

patrzysz na to co cię otacza…
I pośród tegoż morza ludzi,

spoglądasz na to co cię czeka…

* * *

niebiosa nigdy nie były humanitarne,

dla poetów, romantyków i … żuli

* * *

życie to splot wydarzeń,

które sobie sami tworzymy…

które sami sobie układamy…

i które sami sami w supeł zmieniamy….

* * *

i gdybyś tylko zechciała,

choć ja wiem, że odbierzesz to

jako za fanaberię moją…

ale gdybyś tylko to zechciała…

oddał bym uśmiech mój każdy

za cierpienie Twoje…

* * *

choć dzień nocą się staje

a noc dniem,

szukam… myśli,

która poprowadzi mnie

ku światu lepszemu..

i wędruję ku tej myśli…

* * *

bo obudził mnie ranny śpiew ptaków,

przypominający mi Ciebie…
bo świt mnie obudził rannie,

by pamiętać o Tobie o świcie…

* * *

Ruiny wieży Quistorpa

P1300105.jak-zmniejszyc-fotke_pl Sobotnie wędrowanie po Lasku Arkońskim i zwiedzanie ruin wieży Quistorpa, to co po wieży zostało. Okoliczności i czas zburzenia wieży nie są do końca jasne. Istnieją dwie wersje, jedna z nich mówi, iż do jej zniszczenia doszło wskutek nalotu Aliantów w 1944, natomiast druga głosi, że wysadzili ją Niemcy w roku 1945 podczas walk o Szczecin

Dojechać do niej można bez problemu tramwajem nr 3 z centrum. Po wyjściu z tramwaju wystarczy skierować się do Lasu Arkońskiego i przez kilkanaście minut iść wzdłuż ścieżki (zdaje się, że to był szlak zielony), aż dojdzie się do zaniedbanych, szerokich leśnych schodów po prawej. Już na schodach wieża powinna być widoczna w oddali.

Ruiny wieży Quistorpa. Niegdyś miejsce niedzielnych spotkań, spacerów, a także największa atrakcja mieszkańców dziś w niczym nie przypomina obiektu z czasów swej świetności.

Warto jednak wrócić do samej genezy jej powstania. Wieżę wybudowana w latach 1900-1904 na zlecenie i ze środków Martina Quistorpa w hołdzie Johannesowi Quistorpowi (ojciec Martina Quistorpa), szczecińskiemu fabrykantowi i filantropowi, fundatorowi wielu inwestycji miejskich i bardzo wpływowemu człowiekowi. Usytuowana na wzgórzu Arkony w Lesie Arkońskim wieża powstała w oparciu o projekt znanego berlińskiego architekta Franza Schwechtena.
P1300125.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300124.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300122.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300118.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300116.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300114.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300113.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300109.jak-zmniejszyc-fotke_pl P1300107.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Leśny człowiek

WP_20170225_002Obojętny – nieokazujący zainteresowania kimś lub czymś, niedbający o kogoś lub o coś; też: świadczący o takiej postawie…
Nic tak nie boli jak obojętność jaka i nawet jeśli powiesz, że nie, to jednak ta druga osoba wie i czuje jak to jest… i to czucie najbardziej boli… kiedy wiesz i czujesz…

* * *

„Jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć,
Tęskność zawrotna przybliża nas.
Zbiegną się wreszcie tory sieroce naszych dwu planet,
Cudnie spokrewnią się ciała nam.”

* * *

wszystko mogę, nic nie muszę… takie powiedzenie, nie wiem skąd mi przyszło do głowy właśnie dzisiaj… choć to żaden lepszy dzień, ale też żaden gorszy też nie jest dzień… jak każdy… może wieczór bardziej samotny w samotności, po leśnym wędrowaniu i drzew słuchaniu….

P1300130.jak-zmniejszyc-fotke_pl… i się spoglądało na człowieka leśnego w jego „gospodarstwie” leśnym, nie tyle z ciekawości ile z zazdrości niejakiej, że się samemu tak nie uczyniło i się samemu nie zamieszkało leśnie… z oddali się oglądało, by nie naruszyć jego domu ani prywatności jakiej… z oddali się spoglądało i się wiedziało, że mieszka On w ziemiance, bo nie widziało się ani namiotu ani legowiska jakiego… i dym się widziało, bo pewnie obiad zamierzał gotować… nie przeszkadzałem … odszedłem dalej w swoją drogę… i tylko zazdrość pozostała jaka…

- dlaczego dzisiaj w domu? – zapytał Ktoś
- a gdzie powinienem być Twoim zdaniem – odpowiedziało się z niechęcią, bo się już wiedziało, ze rozmowa do niczego nie doprowadzi, jak tylko do nerwu wiecznego…
- może gdzieś miedzy ludźmi? – odpowiedział Ktoś. Lubisz samotność?
I się już wiedziało, ze się musi tak odpowiedzieć, bo kto lubi samotność. I kto może się o to pytać… Tylko Ktoś, kto samotnym nie jest ani nie był, ani nie został przez samotność przeciągnięty.
- znasz kogoś kto lubi samotność… – się szybko odpowiedziało, bo się widziało już chęć zadania kolejnego pytania niewygodnego, złego, złośliwego… nie pasującego. I się wiedziało, że się musi szybko zakończyć tę rozmowę niedobrą, rozmowę donikąd prowadzącą…
- raczej nie – odpowiedział jednak szybko Ktoś…
- więc sama sobie odpowiedziałaś…

* * *

„– Słyszysz, jak pada?
– Leje porządnie.
– I zawsze będziesz mnie kochał, prawda?
– Tak.
– Deszcz temu nie przeszkodzi?
– Nie.
– To dobrze. Bo ja się boję deszczu”.

Ernest Hemingway, Pożegnanie z bronią

Kolejny witraż

WP_20170222_002Wykonałem swój kolejny witraż… nie jest to może żadne dzieło wielkie, ale ile daje satysfakcji tworzenie czegoś… Uczę się po prostu tego nowego…
To miała być żaglówka na tle słońca… może nie wygląda, może za mało się przyłożyłem, ale to dopiero czwarta rzecz wykonana przeze mnie…

Teraz się uczę i dostrzegam jakie błędy popełniam… czy starczy mi czasu by nauczyć się więcej… czy starczy cierpliwości.. chęci… czy ktoś powie, dobra robota Grzechu….

Samotność wśród książek i sprasowanych myszy*

… trzeba mi wrócić, do tego co było… do wędrowania… do książek zaczytywania i opisywania… do pisania… bo to co robię nie powie, że należy zwolnić, spowolnić, czy tez przystopować…

* * *

zbyt-glosna-samotnosc-b-iext24693165Samotność wśród książek i sprasowanych myszy*

O czym jest ta książka? O samotności, to zbyt proste chyba… o ludzkiej samotności i o bólu jaki ta samotność zadaje… o tym jest właśnie „Zbyt głośna samotność” Bohumila Hrabala. Książka, do której wróciłem po latach, wcześniej chyba mało rozumiejąc słów tam wiele napisanych i mało rozumiejąc istotę tego co przeżywał Haňťa, który trzydzieści pięć lat pracuje przy starym papierze i to jego jego love story.

„(…) ale taki już jestem, stale proszę o wybaczenie, i zdarzało się nawet, że prosiłem sam siebie, bym sam sobie wybaczył to, czym byłem, co tkwiło w mej naturze…”

Haňťa który trzydzieści pięć lat pracuje przy starym papierze, pakując go, dostrzega, że w tych książkach, które przychodzi mu zgniatać jest wiele pięknych opisów, wiele reprodukcji, które musi niszczyć… więc zaczyna tworzyć z nich małe „dzieła sztuki” a wiele z książek znosi do domu, który staję się świątynia książki ale też i zgubą dla niego, bo dwie tony książek nad głową wisi podczas gdy on śpi na łóżku pod nimi… książki stają się całym życiem Haňťi, i kiedy odsunięty zostanie od nich, wie, że książki znikną bezpowrotnie w obojętności nowych pracowników…
Całym życiem Haňťa są książki i jego maszyna, na której pracuje całymi dniami. Po przejściu na emeryturę zamierzał nawet swoją maszynę zabrać i postawić w ogrodzie, aby codziennie móc robić jedną paczuszkę, którą by ludzie podziwiali. Tak samo zachował się jego wuj, któremu koledzy po przejściu na emeryturę zbudowali w ogrodzie mini trasę kolejową, razem z budką i szlabanem – w ten sposób, co sobotę wuj mógł znów być szczęśliwym, poświęcając się swojej pracy. Bo praca to nie tylko przykry obowiązek, ale szczęście, całe życie.

„Siedzę już w domu w półmroku, siedzę na stołku, głowa opada mi i dotykam w końcu wilgotnymi wargami kolana, i jedynie w ten sposób zapadam w drzemkę. Niekiedy śpię tak w pozycji thonetowskiego krzesła aż do północy, a obudziwszy się unoszę głowę i nogawkę mam na kolanie przemoczoną od śliny, gdy zwinąłem się tak w kłębuszek i skuliłem niczym kotek na mrozie, niczym drewno fotela na biegunach, bo ja mogę pozwolić sobie na ten luksus, żeby być opuszczony, choć ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą nieskończoności i wieczności, a Nieskończoność i Wieczność chyba gustują w takich ludziach jak ja.”

to są chyba najmocniejsze słowa o samotności, taki manifest, krzyk jaki wśród wielu okrzyków o samotności… takiej samotności doświadcza wielu ludzi, jednak niewielu potrafi tak dosłownie o niej napisać… ja nie potrafię tak napisać, choć w wielu razach to co napisał Hrabal

I jeszcze kilka cytatów, które mnie urzekły, a które nadają sens życiu.. tak mi się wydaje…

„Lecz uśmiecham się, bo w teczce niosę książki, po których się spodziewam, że wieczorem dowiem się z nich o samym sobie czegoś, czego jeszcze nie wiem.”

„(…) ja w ogóle kochałem zmrok, to była jedyna chwila, kiedy miałem wrażenie, że może się stać coś wielkiego, że po zmierzchu, o zmroku wszystkie rzeczy są piękniejsze, wszystkie ulice, wszystkie place, że wszyscy ludzie wieczorem, gdy tak idą, są piękni niczym bratki, miałem nawet wrażenie, że ja również jestem pięknym młodym mężczyzną, o zmroku lubiłem przeglądać się w lustrze, lubiłem widzieć swoje odbicie w szybach wystaw sklepowych, nawet kiedy po zmierzchu dotykałem palcami twarzy, stwierdzałem, że nie mam ani jednej zmarszczki, ani koło ust, ani na czole, że z nadejściem zmroku w codziennym życiu nastąpiła ta pora, której na imię piękno.”

„jestem dzbanem pełnym żywej i martwej wody, starczy, bym się lekko nachylił, a cieką ze mnie same piękne myśli,”

„Dzięki książkom i z książek dowiedziałem się, że niebiosa wcale nie są humanitarne i że człowiek humanitarny nie jest, nie żeby nie chciał, lecz dlatego, że byłoby to sprzeczne z poprawnym myśleniem.”

I tylko śmierć zdaje się być przewidywalna… zgnieciony wraz ze swoimi książkami Haňťa nie pasuje do świata, który Go zaczął otaczać po latach, do nowoczesności, do bezdusznego książek zgniatania… zabiła Go obojętność wszystkich i wszystkiego… po trochu Go tak zabijała…

* tytuł zaczerpnąłem od kogoś… wydaje mi się tak bardzo pasujący do ksiazki

A czy potrzeba tytuł?!

Znowu wędrowałem… tym razem w innym mieście, nieznanym i dużym, a sądzę że i mało przyjaznym dla mnie ze Szczecina… wiem, stuknięty jestem i to nieźle… Bardziej od wędrowania po obcych miastach nienawidzę jednak samotności w czterech ścianach… rzygam już tym… wiecznym mówieniem do siebie samego… do myśli zbyt głośnych… zagłuszających ciszę….

* * *

… i tylko czasami głośną muzyką

uspokajam myśli moje

błądzące gdzieś wokoło…

i tylko muzyką głośną

uciszam sumienie moje….

* * *

„…Pomyślałem też, że tam jest cicho i między umarłymi , można się czuć półumarłym, jak się bardzo chce, więc wtedy cała moja nienawiść to będzie półnienawiść, cały mój ból to będzie połowa bólu, więc będzie lepiej może o połowę.” E.S.

Powracam do Jego twórczości, jak narkoman powraca do narkotyków… ciągle odnajduję coś nowego… coś niesamowitego w tym zaczytaniu Stachury… kiedyś się samemu tak napisze… kiedyś tak będzie jak głosy znikną wreszcie z głowy mojej… miało być lepiej a wyszło jak zawsze… czyli do dupy…

* * *

muszę to napisać, bo nie lubię niedopowiedzeń, ani niedomówień jakich… we mnie nic, nawet na milimetr się nie zmieniło… ani słów powiedzenie ani słów napisanie… nic… musisz zamilknąć na czas jaki, to musisz… nic po mnie skoro nie potrafiłem doprowadzić byś dalej nie zamykała się… zawiodłem i to zawiodłem na całej linii… jak zawsze… kiedyś już CI opowiadałem i mówiłem… zawsze będę winę na sobie skupiał, że coś źle zrobiłem albo coś źle powiedziałem… i tak będzie… Ty musisz odpocząć, przemyśleć, pobyć sama… ale wiedz jedno… we mnie nie zmieniło się nic… trochę trudniej pobędzie, ale chyba już powoli przyzwyczajam się do życia takiego… samotność mnie pokochała… więc muszę być samotnym, choć tego nie cierpię… pamiętaj, że jestem tam daleko i czekam… i pamiętaj jeszcze, że właśnie obojętność wszystko niszczy i jeszcze nie rozmawianie… ale skoro tak wybrałaś to Twój wybór to jest…

* * *

Jebał to pies wszystko….

A może by tak zniknąć …

kaja„Czy to nie ironia losu? Ignorujemy tych, którzy nas uwielbiają. Uwielbiamy tych, którzy nas ignorują. Kochamy tych, którzy nas ranią i ranimy tych, którzy nas kochają.”

* * *

Za mało pisania mojego jednak, a tak by to pisanie przyjemność mi dawało…. tak jak listy pisane i wysyłane daleko… tą przyjemność dają, bo się wie, że ktoś tam czeka i czyta to… Za niedługo powstaną pierwsze trzy rozdziały i nowy scenariusz tego… za szybko by mówić-pisać że nastąpił przełom jaki, bo on nie nastąpił… Nie nastawiam się na nic… ani na ten ani na przyszły rok… nastawiam się na słów tworzenie i układanie by powstało to…

* * *

czyż nie potrzeba nam wielkich zmian w tym co wokoło nas jest… czyż nie powinno się uciec, schować od świata tego cywilizowanego, które nic nam z siebie nie daje… nie nie ten świat,m to ludzie tworzący ten świat… więc ucieczką od ludzi jest pomysł na świata odzyskanie…
… obudziłem się w sobotni poranek, spoglądając w okna gdzie cudnie dzień wstawał… a była to wczesna bardzo godzina, kiedy słońce niepostrzeżenie czerwienią wychodzić zaczęło… przypomniała mi się wczorajsza rozmowa z kimś, kto okrutnie został skrzywdzony przez drugiego ludzia, bo to ludź był skoro podnosił rękę na swoje kochanie, bo tak Jej mówił wcześniej a może wtedy kiedy trzeźwym był… i Ona mi powiedziała, że dziwna sprawa bo rozum Jej mówił uciekaj, a serce mocno trzymało w miejscu… jak to możliwe…. „nie pytaj się” – powiedziała, ale tez powiedziała, że w trudnych chwilach słuchała Jacka Kleyffa, nie znałem, więc pół nocy słuchał i czytałem… cudne piosenki i cudne słowa…
Przeczytałem kiedyś, niedawno zresztą, taki wpis… „czasem mam ochotę jebnąć to wszystko i wyjechać w ch… daleko…” coś jest na rzeczy bo przestałem pasować do otaczającej rzeczywistości, a rzeczywistość nie lubi nie pasujących… stają się marginesem społeczeństwa w siebie zapatrzonego… więc może wyjściem jest zniknięcie niejako…

* * *

nie sądzę… by przeszłość sama zamknęła się już… więc to bardziej takie domknięcie niż zamknięcie… raczej potwierdzenie zamknięcia i pewność że się domknęło i chyba zamknęło za sobą … i się ma już pewność przynajmniej, że to co było, się już zakończyło… to było w połowie stycznia… z przedziwnym przeświadczeniem jednoczesnego zamknięcia i … rozpoczęcia… czy będzie tak jak myślę i czuję?

* * *

kaja1Wieczornie z Kaja Kowalewska i Agnieszka Marta Walczak w Manufakturze, podczas mojego wyjazdu do Łodzi, gdzie coraz częściej bywam. Cudne rozmowy o słów wierszem pisanie i tychże słów czytanie i zaczytanie… o nowej książce, która wkrótce pojawi się.. o uczuciach, wspomnieniach i życiu… Jaka jest Kaja? Niespotykanie dla mnie bliska i dość niespodziewanie normalna w tym co mówi o swoim pisaniu… Często jakbym siebie słyszał i jakbym siebie widział… Z niecierpliwością czekam na Jej nową powieść, bo ma być inna… ma być bardzie do ludzi niż dla ludzi… czy dowiem się czegoś nowego o życiu z książki tej?…

Noworocznie…

„I nie urodziłem się wielkim, potężnym dębem, gonną olchą. I nie urodziłem się niczym innym, tylko tym, czym jestem. I nie urodziłem się z pozorami. Tylko z nerwami. Z nerwami tuż pod cieniutką skórką.”

— Edward Stachura

Potrzebuje kawy by jasno myśleć. I świeżego powietrza. Deszczowej nocy. Cichej nocy do wędrowania… Bo wtedy wiem, że jestem tym kim byłem a nie tym kim jestem… Się za bardzo zapomina o tym, kim się jest, a przecież są inni co pamiętają i do ziemi ściągają… i są tacy co przypominają…

Potrzebuję ziemi do stąpania po niej boso,
potrzebuję powietrza do oddychania głęboko..
Potrzebuję wody do zanurzenia głowy swojej.
Potrzebuję Ciebie by nie zapomnieć o życiu…

Potrzebuję cichej nocy do wędrowania samotnego po ulicach tego miasta, po parkach i cmentarzach … i by napisy odczytać, „jesteś tym kim ja byłem, ty będziesz tym kim ja jestem” … potrzebuję nocy cichych by zaglądać do okien ludzkich, by zobaczyć to czego nie mam a co było… potrzebuje nocy cichych by myśleć o Tobie…

Zapomniałem już co to radość i uśmiech naturalny… Zapomniałem o życiu i o tym jak życie można spełniać. Wiele zapomniałem… zamknąłem się w sobie i tak tkwię w tym zamknięciu jakim jak wiezień sam się zamknąwszy za kratami…

Schowałem się w skorupę swoją nijaką i tylko czerpać z mądrości innych potrafię… obdzierać ich z wiedzy i twórczości jak hiena obdzierająca trupy ze skóry… Schowałem się w swoją skorupę, zamilkłem i zapłakałem…

* * *

„A moje wiersze spal, zrób co chcesz
Bo jawnie szydzi z nas ich każdy wers”

— Kortez

Odczyń zły urok. Proszę. By myśli mogły przedrzeć się przez emocje. A usta oddychać. Potrzebuje tylko…notesu odpowiedniej chwili. Dnia. Tygodnia. Kwintesencji niewysublimowanej ludzkości. Odrobiny życia z życia banalnej codzienności. Muszę pomyśleć. Zatopić się w czasie. Dać się mu pochłonąć. Wykraść dziadkowi czas potrzebny na spędzenie kilku chwil. I go nie oddać. Zmarnotrawić. Od tak.

A kiedy każdego poranka, z powstałych z martwych
powstaje człowiek jaki, to myśli by móc być i trwać…
Zwlekając swe ciało z martwych powstałe…
a kiedy każdego poranka zmuszając się do życia jakiego
myślimy co też by temu życiu uczynić dobrego..
albo i nie dobrego, bo życie dobrem nijakim
życiem dobrym i nijakim bywa…

- Myślisz, że wielką nadzieję miałem na spotkanie… z Tobą? – powiedziało się jakiś czas temu, kiedy się wiedziało, że się chce.
- Nie miałbyś tej nadziei, gdybyś tego nie chciał – się usłyszało i się nie wiedziało się skąd się to usłyszało…
Bo gdyby istniały cudy świata jakie, tobyśmy się spotkali tam gdzieś… gdzie w natchnieniu świata wielkiego zwykli ludzie spotykać się mogli… albo mogą…
- Czytuję eseje Rilkego o potrzebie poezji i powstaniu tejże poezji – powiedziałem, nie wiedząc po co to w ogóle mówię…
- Czy Rilke pomoże Panu Szanownemu w uzyskaniu spokoju duszy swojej – powiedział głos ponownie nie wiedząc skąd.
Może i tak jest, ale kiedy się człowiek zaczyta wielce to może i temu człowiekowi pomoże co w życiu… „Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.” się przeczytało u Hrabala… w jego „Zbyt głośnej samotności”… i się zrazu pomyślało … pomyślało i dopisało swoją część – bo nie sztuką jest pięknie czytać a sztuką jest tak złożyć słowa, by te stały się tym cukierkiem, do którego z chęcią sięgną ci, których przyciągnie ciekawość do słowa… tak by słowa czytane rozpłynęły się nam w ustach jak ten likier…
- Czymże więc jest słowo powiedziane albo wypowiedziane – powiedziała… Czy tylko słowem? A może duszą wewnętrzną, kiedy mówisz tak do mnie…
- Słowo wypowiedziane jest słowem i czynem… jest mną i Tobą… jest spokojem i jest częścią nas – się znowu powiedziało nie wiedzieć komu i gdzie, jakby się do siebie mówiło i o sobie…
Czy tylko słowo jest czynem… A może czyn staje się czasami słowem… a może tylko tak sobie wmawiamy, a życie nie składa się ze słów układania ani czynów wdrażania ze słów… a może w oczach naszych widzimy co w nas… Bo w oczach tkwi siła duszy… – się pomyślało zanim się spojrzało na dziewczynę obok leżącą…
Się spojrzało i się zrozumiało, że bezmiar samotności powoduje wielkie spustoszenie umysłowe… się z nikim nie leży ani tym bardziej z nikim nie rozmawia… się tylko myśli, że się rozmawia i słucha i czuje się też… ale się nie jest…
Więc czegóż chcecie ode mnie upiory wieczorne… strzygi jakie… dajcie snu zaznać…

* * *

„Chciałem i nawet jeszcze chciałbym zaczepić się jakoś o ten świat, ale ciągle nie udaje mi się to. Dni mijają, a mnie się to nie udaje. Co mogę zrobić?
Pisanie tyle razy ratowało mnie z ciężkich smutków, a tym razem nic z tego, choć już zapisałem tyle stron. I piszę dalej, i bez smaku, ten bezsmak, który całkowicie mną zawładnął, jest najstraszliwszy. […] A czy nie można by wyjść śmierci na spotkanie?”

— Edward Stachura

Jestem odmieńcem, odszczepieńcem… jestem pijakiem… jestem mordercą słów jakich… bezczeszczę piękno jakie… ale też jestem… autorem słów pięknych i trudnych… jestem sobą w lesie, w mieście nocą… jestem tym kim chcę być i tym kim byłem… dawno temu…

Tworzenie… to forma terapii dla ciała i duszy… pisane to terapia dla myśli… ja robię itworzę sam dla siebie… lubię prostotę… sam robię sobie meble, bo takie mi najbardziej się podobają… lubię swoją glinę i potworki, które z niej robię… lubię swoje szkiełka i witraże, które powstają z nich… lubię patrzeć przez te witraże na słońce świecące… lubię las i drzewa… i śpiew ptaków… i wędrowania albo spływanie kajakiem po wodach… lubię ciszę i proste życie… i zioła zbieranie, i ziół leczenie… i dziko rosnące rośliny i to co ludzie opowiadają o lesie i drzewach… a potrafią opowiadać cudnie… nie tak jak ja…. znają się na tym i wiedzą o czym mówią, a ja wsłuchany w pich opowieści widzę się tam w puszczy… jak małe dziecko z otwartą buzią…

a i jeszcze jedno chciałem napisać… jak już się kiedyś spotkamy, bo to nigdy nie wiadomo kiedy się spotkamy przecież… i jak już się spotkamy jednak, to nie spodziewaj się pana z walizką jaką a faceta z dwudniowym zarostem i z plecakiem … i takim dziwnym wyrazem twarzy co to poznaje zawsze coś nowego… jeśli się kiedykolwiek spotkamy… jeśli…

* * *

„Między nami mówiąc, wszystkie moje książki, wiersze i proza były modlitwami do Boga, którego ja nazywałem Cudne manowce, Widok nad widoki, Zjawa realna, Biała lokomotywa, Kropka nad ypsylonem czy jeszcze inaczej. I były nieustającą spowiedzią.”

— Edward Stachura

Spoglądamy często ku sobie, wiemy że jesteśmy i spoglądamy na siebie… ja wiem że Ty tam jesteś i wiem że patrzysz na mnie, boś Ty Miłością jest i Odkupieniem… Bo Ty nie opuścisz żadnego ze swych dzieci … Ty wybaczasz i w Swej Mądrości prowadzić ku prawdzie…

Spoglądamy na siebie ja patrzy syn na Ojca i Ojciec na syna… kiedyś jeszcze porozmawiamy, kiedyś jeszcze powiem Ci o tym co we mnie siedzi i siedziało… powiem Ci wszystko co dobre i co niedobre… i wiem, że Ty mnie wysłuchasz…

Boże bądź mnie Miłosiernym… i nie zapominaj o słudze Swym, który zbłądził tylko…

* * *

List do pozostałych

Umieram
za winy moje i niewinność moją
za brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy,
za brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami
za możliwość zjednoczenia się z Bezimiennym, z Pozasłownym, Nieznanym
za nowy dzień
za cudne manowce
za widoki nad widoki
za zjawę realną
za kropkę nad ypsylonem
za tajemnicę śmierci w lęku, w grozie i w pocie czoła
za zagubione oczywistości
za zagubione klucze rozumienia z malutką iskierką ufności, że jeżeli ziarno obumrze, to wyda owoc
za samotność umierania
bo trupem jest wszelkie ciało
bo ciężko, strasznie i nie do zniesienia
za możliwość przemienienia
za nieszczęście ludzi i moje własne, które dźwigam na sobie i w sobie
bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo to wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za trwałością
bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo noli me tangere
bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo już wycierpiałem
bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało
bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli tak się nie stało, to winy mojej w tym nie umiem znaleźć
bo wygląda, że już nic tu po mnie
bo nie czuję się oszukany, co by mi pozwoliło raczej trwać niż umierać; trwać i szukać winnego, może w sobie; ale nie czuję się oszukany
bo kto może trwać w tym świecie – niechaj trwa i ja mu życzę zdrowia, a kiedy przyjdzie mu umierać – niechaj śmierć ma lekką
bo co do mnie, to idę do ciebie Ojcze pastewny żeby może wreszcie znaleźć uspokojenie, zasłużone jak mniemam, zasłużone jak mniemam
bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo wszystko mnie boli straszliwie
bo duszę się w tej klatce
bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech Żyje Życie
bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci.

— Edward Stachura

nigdy nie udało mi się stworzyć cokolwiek wielkiego, albo choć dużego… choćby mniej więcej dużego, ani żadnego…. stworzyłem siebie nijakiego i nijako tworzę… dla siebie samego…

* * *

Kiedy coś cytuję to tylko dlatego, że uważam te słowa zacytowana, spisane i napisane za coś co nie potrzebuje już zmian jakich… nie potrzebuje myślenia większego… bo słowa te są nieskończonością i cudnością wielką…

Kiedyś się to skończy… na pewno… się skończy i dla mnie i dla Was i dla Ciebie …

Marynowane żołędzie … i inne …

WP_20161124_009Żołądź jest owocem drzewa dębowego o charakterze owocu szupinkowego. Składa się z miseczki o orzecha. Mają charakterystyczny wygląd, w czasie dorastania są zielone a następnie lekko brązowe. Są głównym źródłem kolejnych dębów, gdyż służą przede wszystkim do siania. Przez lata były jednak stosowane również przez ludzi jako źródło skrobi i chętnie spożywane.

Poza opisanymi poniżej przepisami z żołędzi przygotować można między innymi mąkę. Wykonuje się ją przez gotowanie, o którym było wyżej a następnie suszenie żołędzi w temperaturze 200 stopni Celsjusza. Po dobrze przygotowanym suszeniu można przeprowadzić mielenie żołędzi, na drobną mąkę.

Przygoda z żołędziami rozpoczęła się dość niespodziewanie. Przeglądając strony internetowe dostrzegłem informację o żołędziach. Był tam między innymi przepis na marynowane żołędzie, ale również inne informacje dotyczące właściwości żołędzi i ich stosowania przed wiekami. Okazuje się, że żołędzie były powszechnie stosowane w dawnej Polsce. Tak dotarłem do książki Łukasza Łuczaja „Dzika kuchnia” oraz pracy zbiorowej pt. „ Jadalne rośliny dziko rosnące”. Będzie jeszcze okazja by książki obie omówić tu.
Te marynowane żołędzie na tyle mnie zainspirowały, że postanowiłem zadziałać. Zebrałem takie najdorodniejsze ze środka samej Puszczy Bukowej. Odnalazłem drzewo gdzie żołędzie były dorodne, dojrzewając w promieniach słońca. Z zebraniem nie było problemów, one się zaczęły kiedy trzeba było żołędzie obrać z twardej powłoki… ha, to dopiero się nakombinowałem, bo na dwa słoiki, które planowałem zapełnić żołędziami, trochę ich potrzeba, a łuskanie nie jest takie proste. Dość powiedzieć, że sposób jaki sam sobie opatentowałem, polega na tym, że odcinam końcówki żołędzia, nacinam po długości i twarda skórka daje się łatwo zdjąć. Pozostała zalewa, ja wykorzystałem taką jaką się używa do marynowanych ogórków… zagotowałem i zalałem żołędzie. Następnie 30 minut pasteryzowałem.
Słoiki jeszcze stoją, szukam szczególnej okazji by skosztować marynowane żołędzie. Na pewno wykorzystam je do sałatek przeróżnych, ale dodam też do pieczonego mięsa… czy będzie smakowało… zobaczymy…

Kawa żołędziowa z kawiarki

Czas przygotowania 10 min + 3 doby ługowania

Składniki na ok. 10 filiżanek:
1 kg żołędzi
6 l wody źródlanej
1 łyżka sody oczyszczonej
do smaku kardamon, laska cynamonu, gwiazdka anyżu kilka goździków

Żołędzie najlepiej zebrać po przymrozkach lub późną jesienią. Ze skorupki wyłuskać nasiona i grubo posiekać. 1 kg nasion zalać 2 l gorącej wody, dodać sody. Odstawić, najlepiej na całą noc. Kolejnego dnia wodę odlać, żołędzie przepłukać i wszystko ponownie zalać 2 l gorącej wody. Trzeciego dnia cały proces powtórzyć. Po ostatnim odcedzeniu żołędzie zemleć w blenderze. Masę ułożyć cienka warstwą na blasze wyścielonej papierem do pieczenia i suszyć w temp. 50 stopni C do momentu, aż proszek stanie się suchy. Wysuszony proszek ponownie zemleć, a następnie prażyć ok. 5 min na suchej patelni, dokładnie mieszając. Pojemnik na wodę w kawiarce wypełnić do wyznaczonego poziomu. Do kawiarki wsypać ok. 2 łyżeczek kawy żołędziowej. Dodać rozgnieciony kardamon, goździki, kawałek kory cynamonu i niewielką gwiazdkę anyżu. Zaparzyć. Podawać np. z mlekiem.

Mus z żołędzi i czekolady
składniki na 4 porcje:

100 g żołędzi
50 g gorzkiej czekolady
300 g śmietany 30 %
2 łyżki cukru pudru
30 ml rumu

Wyługowane żołędzie (patrz przepis wcześniej) dokładnie zblendować na gładką masę. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Schłodzoną śmietanę ubijać na niskich obrotach i dodawać cukier puder. Odłożyć kilka łyżek śmietany do dekoracji. Na niskich obrotach dodawać do pozostałej śmietany roztopioną czekoladę. Następnie łyżką delikatnie wmieszać masę żołędziową a na sam koniec rum. Powstały mus przełożyć do pucharków i wstawić na 30 min do lodówki. Po tym czasie mus udekorować kleksem bitej śmietany. Można posypać startą czekoladą lub podprażonymi żołędziami.

Przepisy za „Siedlisko. Magazyn dla ludzi z pasją”

Zielone Wzgórze

zielone wzgórza14To jedno z ładniejszych miejsc Szczecina. Mieszkam niedaleko, a samą wieżę widzę codziennie z moich okien. Zielone Wzgórze (Winnogóra, niem. Weinberg) – wzgórze na terenie Uroczyska Kupały w Szczecinie-Gocławiu. Strome stoki pokryte buczyną – wschodnie opadają ku dolinie Odry, a zachodnie ku dolinie Glinianki. Przez wzgórze przechodzi szlak turystyczny żółty Szlak Gocławski.

Wieża Bismarcka w Szczecinie (niem. Bismarckturm) – wieża widokowa o wysokości około 25 metrów znajdująca się na Zielonym Wzgórzu (niem. Weinberg) na osiedlu Gocław (niem. Gotzlow). Rozważano cztery lokalizacje pod budowę Wieży: Wyspę Grodzką (niem. Schlächterwiese), Wzgórze Napoleona – kopiec przy ul. Unii Lubelskiej (niem. Deutscher Berg) oraz Wały Chrobrego (niem. Hakenterrasse) jednak ostatecznie przyjęto propozycję radnych miasta aby wieżę wybudować na północnych krańcach miasta, na najwyższym punkcie zachodniego brzegu.

W 2001 roku wieża została sprzedana prywatnemu inwestorowi za ponad 350 tys. zł. Zgodnie z podpisaną umową, nowy gospodarz miał urządzić w wieży lokal gastronomiczny, albo przeznaczyć ją na cele rekreacyjno-turystyczne. Do dzisiaj w obiekcie i jego okolicach nie rozpoczęły się żadne prace mające na celu przywrócenie jego dawnego blasku. Brak zainteresowania inwestora doprowadził do rozpoczęcia dyskusji na temat dalszych losów wieży.

zielone wzgórza15 zielone wzgórza16 zielone wzgórza13 zielone wzgórza12 zielone wzgórza11 zielone wzgórza10 zielone wzgórza9 zielone wzgórza5 zielone wzgórza6 zielone wzgórza7 zielone wzgórza8 zielone wzgórza4 zielone wzgórza3 zielone wzgórza2 zielone wzgórza1 zielone wzgórza